się tylko to, co niezbędne: podwójne łóżko zajmujące połowę przestrzeni, mały drewniany stół z trzema chwiejnymi krzesłami i piecyk na naftę. Przez cienkie ściany dobiegały odgłosy życia: kłótnie sąsiadów, płacz dzieci i głośna muzyka.
Mãe Ana sprzedawała warzywa na targu Mercado Central. Jej codzienność była pasmem poświęceń. Wstawała o czwartej rano i z ciężką misą na głowie pokonywała kilometry, by przez cały dzień sprzedawać pomidory, paprykę, cebulę i kapustę w palącym słońcu. Z opuchniętymi stopami i bolącymi plecami nigdy nie narzekała. Przynajmniej nie przy córce.
— Córeczko — mawiała, ocierając pot